MENU

 

CZYTELNIA

PIŁA - TO TAKŻE MOJE MIASTO

 

 

    "...Zostaliśmy tam wpędzeni do dworskich obór. Naszym posłaniem był wysuszony gnój. Następnego dnia zapędzono nas do kopania okopów. Pod koniec października znalazłem się w grupie, którą zawieziono do kopania okopów w Borzechowie. W tym czasie zwalniano miejscowych wstawiając na ich miejsca ludzi z łapanek w dalszych miejscowościach. We Wszystkich Świętych załadowano nas do wagonów towarowych, które podczepiono do pociągu osobowego. Przez Skarżysko-Kamienną, Łódź, Konin i Koło przetransportowano nas do Schneidemühl".

 

    We wrześniu ubiegłego roku (1987), tuż po uroczystościach 20-lecia Koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Pocieszenia w Starej Błotnicy k. Radomia, podszedł do mnie, z bardzo zakłopotaną miną, ks. Jan Klimkowski, proboszcz parafii Lisy, zadając pytanie: Czy pan jest autorem monografii "Krynica łask", o tutejszym Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia Pani i Królowej Ziemi Radomskiej? - Tak, to ja napisałem. Wówczas zaprosił mnie do swojej plebanii. Z lektury "Krynicy łask" dowiedział się że urodziłem się w Pile, czyli Schneidemühl, a z tym miastem łączyły go wojenne losy. Chwila ciszy... Ksiądz wyjmuje z kieszeni mały notes, którego kartki są zapisane drobnym pismem, ołówkiem kopiowym. Drżącymi dłońmi otwiera poszczególne kartki. Pan wybaczy, ale to wzruszenie - mówi zażenowanym głosem. Nikt tego jeszcze nie widział. Nie sądziłem że, podzielę się moją historią z niemieckim dziennikarzem urodzonym w Pile. Sam się dziwię. Zastanawiałem się cały rok. Wiedziałem, że przyjedzie pan na 20-lecie do Błotnicy.

 

    Moja historia zaczyna się jesienią 1944 roku. Miałem wówczas 16 lat. 21 września 1944, do południa wybieraliśmy ziemniaki na naszym polu. Po południu poszliśmy z naszym bratem do wujka po konia, bo własnego nie mieliśmy, aby przewieść ziemniaki do domu. Kiedy przyjechaliśmy na pole, ojciec nasz rozmawiał po polsku z niemieckim żołnierzem, który prosił, żeby go przenocować.

Załadowaliśmy ziemniaki i pojechaliśmy do domu. Poczęstowaliśmy żołnierza mlekiem i kawałkiem chleba, czyli tym samym, co myśmy jedli. Położył się spać zastrzegając, że jutro musi bardzo wcześnie wstać, bo coś się stanie. Zaczęliśmy się domyślać o co chodzi, bo podobną akcję urządzono już we żniwa 14 sierpnia. Były jednak przecieki i ludzie w ogóle nie wyszli na pola, obawiając się łapanki. Cały plon się wówczas zmarnował. Kiedy żołnierz usnął, zawiadomiliśmy jeszcze kilka osób z rodziny i ze wsi i schowaliśmy się w stodole.

    Następnego dnia, około godziny dziesiątej, przyszedł ten sam żołnierz do naszego obejścia z kilkoma innymi żołnierzami. Nikogo jednak nie zastał. Nieco później przyszedł po raz drugi i zaczął ojcu wygrażać, że podpali stodołę, jeżeli my się nie ujawnimy. Cóż było robić, wyszliśmy. Zostawili ojca, bo miał już 51 lat, a mnie i brata (rocznik 1921) dołączyli do jeszcze wielu innych z Wąchocka i zaprowadzili do Starachowic.

Noc spędziliśmy na betonowej posadzce w hali zakładów, gdzie przed wojną budowano armaty przeciwlotnicze. Następnego dnia popędzono nas przez Kunów, Ostrowiec Świętokrzyski do Gromadzic pod Opatowem. We Wszystkich Świętych załadowano nas do wagonów towarowych, które podczepiono do pociągu osobowego. Przez Skarżysko- Kamienną, Łódź, Konin i Koło przetransportowano nas do Schneidemühl. Pognani do obozu, zostaliśmy podzieleni na grupy zawodowe. Wielu z wyznaczonym zawodem transportowano dalej w głąb Niemiec. Brata, mnie i jeszcze kilku innych z Wąchocka, jako zwykłych robotników, pozostawiono w Pile. Zostaliśmy przydzieleni do pracy na kolei. Ja ładowałem węgiel na wagony, a brat jeździł jako pomocnik maszynisty na trasie Piła-Wałcz. Zakwaterowano nas, po kilkunastu w pokojach z piętrowymi łóżkami, w barakach niedaleko górki rozrządowej (Piła-stacja towarowa - przyp. autora).

Warunki były znośne. Nie podlegaliśmy nadzorowi jednostek policyjnych tylko kolejowych. Zezwolono nam utrzymywać korespondencję z rodziną. Zaistniała więc możliwość wsparcia nas paczkami żywnościowymi. Mimo że składały się na nie ziemniaki i inne płody rolne, pozwoliły na przetrzymanie głodowych racji obozowych. W połowie grudnia przeniesiono mnie do pracy przy górce rozrządowej do ustawiania składów pociągów. Praca była mordercza trwająca po dwanaście godzin i dłużej. Ruch też był ogromny, zestawialiśmy bardzo wiele pociągów. Widziałem tam rzesze młodych żołnierzy, moich rówieśników, wysyłanych na front. Ich przerażone twarze dokładnie odzwierciedlały tragizm sytuacji.

Pod koniec stycznia 1945 roku wzmógł się ostrzał Piły. Zbliżał się front. Artyleria koncentrowała się na stacji osobowej. Przeniesiono nas z baraków przy torach do baraków przy Krojanka-Strasse - przy długich koszarach [1]. Tutaj przejęło nas wojsko. Zapędzali nas do kopania okopów i umocnień artyleryjskich. Było tam dużo Polaków oraz sporo miejscowych starszych osób. Gdy się front do Piły zbliżał, to spaliśmy na stojąco, nie było innej możliwości tak nas gnali do roboty.

W nocy z 13 na 14 lutego zorientowaliśmy się, że pewna grupa Niemców przerwała front i uciekła z okrążonej Piły: 14 lutego wkroczyli do miasta Sowieci. Miejscowi Polacy byli czysto ubrani i mieli przyszyte biało-czerwone kokardki. My byliśmy w łachmanach i brudni. Sowieci wpadali do baraków w poszukiwaniu Niemców, ponieważ miałem blond włosy, wzięli mnie za "giermańca" i chcieli zabrać ze sobą. Obronili mnie Polacy i nasi z Wąchocka. Tak się wtedy przestraszyłem, że bałem się wychodzić z baraku. W końcu Sowieci wyrzucili nas z baraków i zakwaterowali w narożnym domu za zburzonym mostem [2]. Niedaleko stamtąd na lewo, po drugiej stronie rzeki, palił się kościół [3]. Było tu spokojniej. Bo w barakach Sowieci nie dawali nam wytchnienia i często wpadali do nas pytać o godzinę i sprawdzali czy nie ma wśród nas przebranych za mężczyzn kobiet. Uspokoiło się trochę, jak skierowaliśmy ich do obozu kobiecego, gdzie były więzione Ukrainki. W tym narożnym budynku przenocowaliśmy jedną noc i 16 lutego wraz z bratem i kolegami z Wąchocka ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. - zakończył swoje opowiadanie ks. prob. Jan Klimowski.

W Pile był jedyny raz w latach 60. Zjadł obiad w restauracji w "narożnym domu za zburzonym mostem". Obejrzał ruiny spalonego kościoła. Przeszedł się po Krojanke Strasse i... wrócił do swojej parafii.

 

 

 

 

Przypisy autora:

[1] "Baraki przy Krojanka Strasse" znajdowały się przy Al. Powstańców Wielkopolskich (dawna Mireckiego). Był to obóz rozciągający się od nieczynnego już cmentarza aż do końca terenów obecnej Zajezdni Autobusowej na ulicy Łącznej. Mniej więcej na wysokości obecnego kościoła na Jadwiżynie. Na nieco dalej położonych terenach znajdowało się polowe lotnisko wojskowe.

[2] Chodzi tutaj o budynek powojennego hotelu miejskiego z restauracją "Klubowa" - ul. 11 listopada.

[3] Chodzi tu o kościół św. Jana dobudowany do fary ufundowanej przez królową Jadwigę - jeden z nielicznych pozostałych dowodów polskości tych ziem. Dlaczego ówczesne władze miejskie pozwoliły ją rozebrać i postawić w to miejsce hotel "Rodło", jest dla mnie do dzisiaj zagadką!

 

 

 

 

 

Dziennik ks. Jana Klimkowskiego, w 1945 roku 16-letniego robotnika przymusowego w Schneidemühl.

(Odpis dziennika wykonany zgodnie z pisownią i ortografią w notesie ks. J. Klimkowskiego).

22 styczeń

-

Słychać pierwsze strzały artyleryjskie.

26 styczeń

-

Pociski trafiają na stację osobową.

28 styczeń

-

Wyprowadzają nas z baraków przy torach, do innych przy Krojankastrasse, koło koszar. Artyleria strzela na miasto.

29 styczeń

-

Artyleria strzela na miasto, które pali się od kilku dni.

30 stycznia

 

-

Artyleria niemiecka strzela, stoi ona ćwierć kilometra od bunkrów w krórych mieszkamy. Artyleria ruska strzela na miasto które się pali.

31 stycznia

-

Zbudzili nas, (wojsko), o godz. 5-tej po północy do robienia porządku. Sprzątaliśmy miasto (chodniki od strat wojennych, które wyrządziły pociski) Pracując zaniechaliśmy roboty bo ruscy strzelali do nas. Pocisk padł ok. 100 m. od nas, a odłamek upadł jakieś 10 m. odemnie. Uciekaliśmy do suteryn. Artyleria strzelała na miasto. Po godzinie jak się uciszyło poszli Niemcy z obrony krajowej i odprowadzili nas do baraków, bo cywilom nie można chodzić po mieście. (prowadzili z nami jeńców ruskich - dwie osoby).

1 luty

-

Zabrali nas na noc do roboty, było paskudnie, padał deszcz. Robiliśmy na tym samym miejscu co przedtem, układaliśmy kamienie i świeże klocki. Artyleria strzelała jak zawsze, słychać - strzelają rwące pociski.

2 luty

-

Obustronna wymiana z karabinów maszynowych i ręcznych.

3 luty

-

Zabrali nas do roboty Tadka i kilku innych z Wąchocka z którymi jesteśmy (Tadek to mój brat). Artyleria ruska strzela na miasto, niemiecka też we własnej obronie.

4 luty

niedziela

-

W nocy bardzo małe działania wojenne i w dzień, po południu kopiemy okopy.

5 luty

poniedziałek

-

W nocy latały samoloty i była strzelanina z armat i karabinów maszynowych i ręcznych.

6 luty

wtorek

-

Robimy w mieście przy usuwania szkła. Działania wojenne trwają nadal.

7 luty

środa

-

Kopaliśmy okopy na froncie. Zabiło jednego włocha a drugiego trafiły odłamki artyleryjskie.

8 luty

czwartek

-

Kopiemy okopy na froncie w lesie. Ruscy strzelali do nas z karabinów maszynowych przez dwie godziny. Całe szczęście, że zdarzyliśmy wykopać rów i w nim się schować, ziemia nie była głęboko zamarznięta. Potem nas wycofano.

9 luty

piątek

-

Kopaliśmy okopy koło dowództwa koszar po drugiej stronie baraków - gdzie mieszkaliśmy. Samoloty rzucają na nas pracujących, oraz wojsko kręcące się wokół koszar Krolenkestrasse bomby. Po przejściu do baraku zastaliśmy go rozbitym od bomby. Dużo bomb nie eksplodowało. Były to bomby niewielkie, wielkości butelki 1/2 litra.

10 luty

-

Pracowaliśmy na wzgórzu przy budowie mostu zapasowego na rzece Gwda. Na wzgórzu przed łąką było zamontowane działo i to dość znacznych rozmiarów. Dzień był pochmurny, na polach leżał śnieg, który powoli się rozpuszczał, było dość ciepło, około "0" stopni, łąka podmokła, nasiąknięta wodą. Najpierw robiliśmy ochronę z bali, które miały służyć za ochronę w czasie bombardowania lub ostrzeliwania. Most był już w budowie, pale częściowo wbite były w rzekę.. ok. godz. 11 nadleciał samolot ruski (mały) krążył nad łąką. Armata stojąca na wzgórzu od czasu do czasu wystrzeliwała pociski na linie frontu. Po pewnym czasie zaczęła strzelać artyleria ruska i strzelały samoloty. Po pewnym czasie samoloty odleciały, artyleria strzelała nadal ale pociski się nie rozrywały padając na ziemię, a były dość spore. Przeszliśmy przez budujący się most i około 1 km doszliśmy do piętrowego budynku gdzie zostaliśmy i znaleźliśmy w opuszczonych pomieszczeniach ochrone. Wypiliśmy trochę kompotu, poczem odprowadzono nas do baraków. W tej akcji rannych było dwóch Polaków jeden żołnierz niemiecki zabity i jeden ranny.

11 luty

niedziela

-

Robiłem przy koszarach wojskowych, przy wykopach (zakopywaliśmy benzynę w beczkach). Co chwila samoloty ostrzeliwały nas z karabinów i rzucały małe bomby. W tym czasie chroniliśmy się w suterynach i korytarzach. Oficerowie niemieccy siedzieli nad mapami wojskowymi co było widać przez uchylone drzwi.

12 luty

poniedziałek

-

Nie byliśmy w pracy. Nasz barak był zniszczony i żołnierze myśleli, że nie ma nikogo w pomieszczeniach. Samoloty latały wieczorem.

13 luty

wtorek

-

Nie byliśmy w pracy. Walki uliczne w mieście.

14 luty

środa

-

Wojska rosyjskie wkraczały do miasta od strony północnej. Kierują nas na łąki przy rzece płynącej przez miasto. Po przeciwnej stronie rzeki pali się kościół. Most został wysadzony. Żołnierze rosyjscy przeprawiali się z armatkami i karabinami maszynowymi na tratwach ciągniętych linami. Widziałem jak żołnierze rosyjscy prowadzili z białym prześcieradłem wyższego oficera niemieckiego w okularach był bardzo przystojny. Żołnierze rosyjscy chodzili między nami i pytali "o godzinę" wiadomo o co chodzi. Wieczorem przeprowadzono nas na skrzyżowanie drogi gdzie stłoczeni nocowaliśmy. Zresztą cały ostatni tydzień nie było żadnego spania. Kiedy było widno tego dnia i następnego przychodzili do nas żołnierze szukając niemieckich żołnierzy. Mnie jako najmłodszego (16 lat) brano za "giermańca" i chciano wyprowadzić z grupy robotników, co który wpadał to powtarzał to samo "giermaniec". Bronili mnie pozostali polacy, których było dość sporo, a szczególnie z Wąchocka. Byli wśród nas i mieszkańcy Piły, ładnie ubrani mieli poprzypinane biało-czerwone kółeczka (ładnie zrobione). Miało to świadczyć że są polakami. My nie mieliśmy żadnych oznak, ubranie nędzne i zabrudzone i nie myci.

16 luty

czwartek

-

Wyruszyliśmy przez Piłę powalonych murów i leżącą w gruzach w drogę powrotną do Polski.

 

 

 

 

Źródło: Tygodnik Pilski.

Przepisał: Krystian Szczelczyk.

 

 

Ksiądz J. Klimkowski urodził się w 1928 r. w Wąchocku, w rodzinie robotniczej. W okresie okupacji był więźniem obozu pracy w Pile. Po ukończeniu Seminarium Duchownego w Sandomierzu w 1955 r. przyjął święcenia kapłańskie. Był wikariuszem w Kazanowie k. Końskich, Iłży i Kunowie oraz proboszczem w parafii Pętkowice k. Ostrowca Św. W listopadzie 1972 roku objął parafię w Lisowie i był jej proboszczem do 31 sierpnia 2003 r. W dniu 6 stycznia 2009 r. w Radomiu w wieku 81 lat zmarł ksiądz kanonik Jan Klimkowski - proboszcz parafii w Lisowie w latach 1972 – 2003.

 

 

Tematy pokrewne:

> "Terror hitlerowski w Schneidemühl" - Dyskusja prowadzona na naszym forum.

Wykorzystane źródła:

Autor artykułu: Arno Giese - Bonn, styczeń 1998.

Artykuł opublikowany w "Tygodnik Pilski" luty 1998.

 

 


STARE FOTOGRAFIE (~166 ZDJĘĆ)

 

GALERIA

 

AUKCJE

 

STOWARZYSZENIA

 

POLECAMY

 

WSPIERAJĄ NAS

 

Copyright © 2005-2010 by DAWNA.PILA.PL

Projekt i wykonanie - Paweł Czyżykowski