|
W roku 1893 miało miejsce wydarzenie, które
zatrwożyło ówczesnych mieszkańców Piły. Sprawiło także,
że to niewielkie wówczas miasteczko nad Gwdą stało się
sławne w szerokim świecie. Pisano o nim w różnych
językach i w odległych krajach. Wszystko to za sprawą
jednej studni, która w dziejach naszego miasta
uwieczniona została jako "Studnia nieszczęścia" (niem.
"Der Unglucksbrunnem").
Narastające zagrożenie kolejnym nawrotem epidemii cholery,
odnotowane w 1892 r. sprawiło, że uważniej zaczęto
analizować stan sanitarny pilskich studni. Stosowne
badania wykazały bowiem, że wiele z tych publicznych
ujęć wody skażonych było licznymi bakteriami.
W związku z tym na posiedzeniu w dniu 26 sierpnia 1892
r. władze miejskie Piły zadecydowały o konieczności
odwiertu kilku nowych studni artezyjskich. Po krótkiej
analizie zapotrzebowania na wodę oraz przewidywanych
miejsc jej występowania bez zbędnej zwłoki przystąpiono
do wskazania przyszłych odwiertów. Pierwsze z nich
zlokalizowano na rogu ulicy Jastrowskiej (obecnie al.
Niepodległości), Piekarskiej i Starego Rynku oraz w
pobliżu skrzyżowania ulic Małej i Wielkiej Kościelnej
(obecnie Placu Zwycięstwa - Al. Piastów).
|
|
. |
|
|
 |
|
Plan sytuacyjny przedstawiający zasięg
katastrofy i jej epicentrum. |
|
. |
Całą uwagę i nadzieję na dotarcie do zdrowej wody pitnej
skierowano na odwiert w rejonie ulic Małej i
Wielkiej Kościelnej. Zadanie to zlecono pilskiemu
budowniczemu studni Huthowi, który nie zaniedbując
niczego raźnie podjął się realizacji tej prestiżowej dla
niego pracy. W miarę pogłębiania otworu zaczęto
wpuszczać do niego rury. Jednak wkrótce, zupełnie
nieoczekiwanie, poprzez nie na powierzchnię zaczął
wydobywać się silny strumień wody zmieszany z piaskiem i
gliną. O gwałtowności zjawiska świadczył fakt, że w
ciągu minuty przez otwór wypływało aż 3000 litrów.
Zaskoczeni takim obrotem sprawy fachowcy próbowali
powstrzymać ów wypływ m.in. przez narzucenie na otwór
worków z piaskiem, kamieni. Wszystko to jednak okazało
się zupełnie nieskuteczne wobec działającego jak
wyrzutnia strumienia. Niszczycielska moc obudzonego
żywiołu, zaczęła w spokojnej dotąd Pile zataczać coraz
szersze kręgi.
Nie było więc zaskoczeniem, kiedy w maju 1893 r. stojące w
pobliżu odwiertu domy zaczęły niebezpiecznie pękać.
Wobec tej sytuacji miejscowy studniarz ustąpił z placu
budowy prosząc o pomoc fachowca z Berlina - Blasendorfa.
Wkrótce jednak i jego pomysł, polegający na próbie
zmniejszenia ciśnienia wypływającej wody przez
zastosowanie rur o szerszym przekroju na niewiele się
zdał. Domy tymczasem zaczęły grozić zawaleniem.
Dotychczasowi mieszkańcy zmuszeni byli do niezwłocznego
ich opuszczenia.
Pod wpływem nastrojów chwili, winą za
przybierające rozmiary katastrofy zdarzenie, zaczęto
obarczać pierwszego budowniczego studni - Hutha. Dopiero na
najwyższym poziomie wykonana przez wybitnych
rzeczoznawców: profesora Franke z Berlina i radcę Köbricha z Schönebeck ekspertyza jednoznacznie oddaliła
te zarzuty.
Zaproponowano więc kolejną próbę osłabienia ciśnienia
strumienia nieustannie wypływającej wody. Tym razem
miała ona polegać na wykopaniu pionowego otworu
o średnicy 3 metrów wokół dotychczasowego odwiertu.
Zamierzano pogłębić go do
9 metrów, gdzie jak prognozowano miał się pojawić
stabilny grunt.
|
|
. |
|
|
 |
|
W skutek katastrofy "Studnia nieszczęścia"
kosztowała Piłę 42 zniszczone domy ze 127
mieszkaniami. |
|
. |
Zaangażowani do tego celu pracownicy kontynuowali roboty
w wykopie tak w dzień jak
i w nocy. Postęp ich prac okazał się jednak wielce nie
zadawalający. Po dziesięciu dobach
swych zmagań zdołali wykopać otwór o głębokości jednego
metra i czterdziestu
centymetrów. Wobec tego w dniu 26 maja 1893 r.
zrezygnowano z tak nieefektywnej
pracy.
Tymczasem następnego dnia - 27 maja 1893 r. - zasięg
zapadającej wokół otworu ziemi zaczął się szybko
rozszerzać. W związku z pęknięciami widocznymi na jezdni
wstrzymano ruch uliczny w zagrożonej strefie a Straż
Pożarna pośpiesznie ewakuowała mieszkańców kolejnych
budynków. W każdej chwili spodziewano się najgorszego.
Zaczęły też krążyć różne katastroficzne wizje o
prawdopodobnej całkowitej zagładzie miasta. Nastroje
ulicy podsycała lokalna prasa oraz najbardziej żądni
sensacji przyjezdni korespondenci. W pewnej mierze owej
panice ulegały także władze miejskie, które strwożone
rozmiarami strat nieustannie szukały dalszej pomocy
fachowej z zewnątrz. Dość nieoczekiwanie zaproponował ją
technik i budowniczy studni Beyer, który miał już na
swym koncie wiele udanych wierceń na terenie Poznania
oraz w pobliskiej Chodzieży.
Człowiek ten był bardzo pewny swego i obiecywał nie
tylko ujarzmienie strumienia ale także dostarczenie
miastu z owego "nieszczęśliwego" odwiertu zdrowej wody
pitnej. Realizując swój plan działania potrafił z
powodzeniem dotychczasowe rury o średnicy czterech cali
zastąpić ośmiocalowymi a następnie, po dotarciu do
głębokości 16 metrów, wypływ wody wreszcie zatrzymać.
|
|
. |
|
|
 |
|
Litografia przedstawiająca "studnię
nieszczęścia", wykonana na podstawie
fotografii T. Graszyńskiego (ze zbiorów
Muzeum Okręgowego w Pile). |
|
. |
Było to 10 czerwca 1893 roku. Całe miasto i władze
odetchnęli z wielką ulgą. Jeszcze intensywniej zaczęto
myśleć o likwidacji dotąd poniesionych szkód oraz o
efektywniejszej pomocy dla poszkodowanych pilan.
Odważny studniarz ani myślał o zaniechaniu dalszej
pracy. Chciał bowiem zrealizować pozostałą część swej
obietnicy. Kontynuował więc wiercenia aż do godzin
południowych 15 lipca 1893 roku. Tegoż bowiem dnia o
godzinie 13°°, podczas przerwy obiadowej, całe
dotychczasowe wyrobisko wraz ze zgromadzonym sprzętem a
także ciężkimi szynami i granitowymi płytami w jednej
chwili zniknęło w rozpadlinie. Tylko pora, w której to
nastąpiło uchroniła przed ofiarami w ludziach.
Błyskawicznie postępujące zapadlisko, na jeden metr
głębokie, rozszerzało się w kierunku południowym do
ówczesnego Placu Wilhelmowskiego (rejonu obecnej ulicy
Ossolińskich). W rejonie tym zaczął pojawiać się
nieznany dotąd krajobraz katastrofy wywołany
rozpadlinami i wypiętrzeniami na jezdni i chodnikach
oraz rozsypującymi się budynkami. W obrębie tym uległo
zniszczeniu blisko dwadzieścia domów dwu i trzy
piętrowych. Do akcji musieli wkroczyć saperzy. Tymczasem
86 zamieszkujących je rodzin w jednej chwili pozostało
bez dachu nad głową a często i bez dorobku całego życia.
Rozmiary szkód oceniono na blisko milion marek.
Tymczasem możliwości uzyskania kredytu na budowę nowych,
choćby w innym miejscu, były wyczerpane.
Wydarzenie to, jak i jego rozmiary, żywo zainteresowały
szerokie kręgi społeczne, które poza ciekawością zaczęły
solidarnie pomagać przerażonym pilanom. Fatalnym
odwiertem zaczęli z niesłabnącą siłą po raz kolejny
zajmować się najlepsi geolodzy niemieccy, wśród których
był także prof. dr Jentsch z Królewca. Zaczęto też
ponownie snuć najprzeróżniejsze hipotezy co do przyczyn
tego zjawiska. Nie gardzono przy tym, w pewnych kręgach,
powoływaniem się na przepowiednie. W tej atmosferze
domysłów, twierdzeń często bez pokrycia i zwyczajnych
plotek aż do 1 września 1893 r. ową "studnię
nieszczęścia" pozostawiono w spokoju. Wielu pragnęło jak
najszybciej o niej i jej niszczącym działaniu zapomnieć.
Na placu boju pozostał jednak niestrudzony i ambitny
studniarz Beyer, który nie zważając na wszystko co się
wokół sprawy działo, przystąpił do dalszych prac
wiertniczych. Kontynuował je przez dwadzieścia
wrześniowych dni, to jest do chwili usunięcia zatyczki
mocującej czop zatykający rurę. Bowiem kiedy to uczynił,
z rury buchnął silny strumień wody i wypłukiwanego przez
nią piasku. Wypływ ten zaczęto ujarzmiać kierując go
drewnianymi korytami poprowadzonymi przez proboszczowski
ogród (obecnie tereny hotelu "Rodło") do Gwdy.
W dniu 2 listopada 1893 r. nieopodal odwiertu pojawiło
się samoczynnie drugie źródło wypływu, które własnymi
siłami wyżłobionym rowkiem wartko kierowało ku rzece
uchodzące wody.
|
|
. |
|
|
 |
|
Kolejne próby
opanowania niekontrolowanego wypływu wody ze
"studni nieszczęścia". |
|
. |
Przerażenie pilan wzmogło się jeszcze bardziej.
Tymczasem 11 listopada 1893 r. miało się wydarzyć
kolejna niespodzianka. Bo oto wówczas, o godzinie 16°°
studnia wraz z całym osprzętem zawaliła się. Lecz i tym
razem robotników już tutaj nie było. W tej samej chwili,
bez czyjejkolwiek ingerencji wypływ wody gwałtownie
ustał. Nad miejscem, które od tylu miesięcy dla pilan
roztaczało grozę wywołaną szumem wypływającej wody,
nastała cisza. Po trwającym jeszcze przez pewien czas
niedowierzaniu stwierdzono, że groźny żywioł ustąpił.
Uparty Beyer pracował nadal i zdołał nawet pozyskać z
tego miejsca pitną wodę - spełniając tym samym swą
obietnicę. Fakt ten jednak nikogo już w tym ciężko
doświadczonym mieście nie cieszył.
Co więcej, władze miejskie po zasięgnięciu opinii
wybitnego znawcy górnictwa Freunda z Berlina,
postanowiły w dniu 23 listopada 1893 r. raz na zawsze
odstąpić od dalszych prac i ewentualnej eksploatacji
owej "studni nieszczęścia". Za jego też radą cały teren
zapadliska zaczęto zasypywać piaskiem poczynając od
miejsc najbardziej oddalonych ku studni. Epicentrum owej
erupcji przykryto pagórkiem siedmiometrowej wysokości.
Ze zrozumiałych względów budził on jeszcze przez pewien
czas zainteresowanie przyjezdnych.
Dopiero pod koniec lata 1894 r. pagórek ów obniżono do
wysokości dwóch metrów, i dawniejszy otwór studzienny
opasano pierścieniem betonowym jeden metr wysokim,
wypełnionym półmetrowej grubości masą betonu.
Zdewastowane chodniki naprawiono, ulice wyrównano i
wybrukowano a następnie zaczęto wznosić nowe domy. Mogły
one być najwyżej jednopiętrowe i posadowione na niezbyt
głębokim fundamencie.
|
|
. |
|
|
 |
|
"Studnia nieszczęścia" uwieczniona na 1
markowym banknocie "zastępczym" wydanym w
1922 r. |
|
. |
Czas płynął szybko dalej i tylko dzięki skrupulatnym
notatkom ówczesnego burmistrza pilskiego Wolfa, z
których później korzystał miejscowy badacz dziejów -
Karl Boese, możemy dzisiaj - po przeszło stu latach od tego
wydarzenia - przedstawić ówczesną grozę i rozmiary owej
klęski. "Studnia nieszczęścia" kosztowała ostatecznie
Piłę 42 zniszczone domy ze 127 mieszkaniami, straty
budowlane wycenione na 459.412 marek oraz materialne i
dobytku wartego 49.693 marki. Pomoc z zewnątrz osiągnęła
kwotę 104.407 marek.
"Studnia nieszczęścia" była tak głośnym wydarzeniem, że
wieść o niej dotarła na dwór cesarza, który wyraził
zainteresowanie tym dziwnym zjawiskiem, które nawiedziło
Piłę. Aby zaspokoić ciekawość cesarza Wilhelma II, T. Graszyński (posiadał swoje atelier przy ulicy Wielkiej
Kościelnej 6) wykonał serię 10 zdjęć formatu A-4,
dołączył plan sytuacyjny, wszystko oprawił w piękny
neogotycki album, który wysłał do Berlina. Album ten
został wykonany tylko w jednym egzemplarzu, który do
1918 r. był w zbiorach rodziny cesarskiej.
Z Niemiec wieść o studni trafiła do prasy francuskiej
i angielskiej. Piszący o tym wydarzeniu dziennikarze
posługiwali się zdjęciami lub rysunkami, które wykonano
na podstawie zdjęć T. Graszyńskiego. Obok jego atelier w
Pile końca XIX w. znajdowały się jeszcze dwie pracownie
fotograficzne: Oskara Merkela i Antona Sikorskiego.
Wydaje się jednak, że to właśnie T. Graszyński miał
"monopol" na uwiecznianie tego wydarzenia, gdyż
wszystkie znane zdjęcia tej katastrofy pochodzą z jego
pracowni.
Przygotował:
Maciej Długaszewicz.
|